DZIURA Z RYŻEM

Już od dawna (sami jesteście świadkami) namawiano nas na wizytę w Tahata Ryżowe Pole. I jesteśmy tym wszystkim ludziom bardzo wdzięczni, bo to był strzał w dziesiątkę!

Swoją drogą – Ryżowe Pole znajduje się dokładnie na przeciwko opisywanego już przez nas Moshi Sushi, które bardzo sugestywnie świeciło pustkami, a wręcz nie świeciło się tam w ogóle – najwyraźniej lokal zamknięto. To ulga dla społeczeństwa.

 

Ale przejdźmy do naszego tematu – panegiryku ku czci Ryżowego Pola. Serio – już od dawna nic nas nie wprawiło w taki zachwyt.

Miejsce jest bardzo ładne i schludne. Tylko trochę przymałe – mają co prawda 3 sale, ale są bardzo wąskie. Na szczęście zastosowano tak iście azjatyckie rozwiązanie – pokaźny zapas parawanów, które zapewniają wystarczające poczucie prywatności.
Super pomysłem są również tytułowe dziury z ryżem w każdym stole – nie dość, że fajnie wygląda, to jeszcze ile radości z zabawy! ;)

 

No, ale najważniejsze było sushi. Bo było baaardzo dobre.
Tradycyjnie, jak próbujemy czegoś po raz pierwszy to próbujemy… sporo. W związku z tym wzięliśmy Deskę Maków (36szt), po 2szt nigiri z maślaną i łososiem no i jak zawsze krewetkę w tempurze (6szt).

 

Zacznijmy od ryżu, bo ten element zaskoczył nas chyba najbardziej. Ryż w Tahacie jest nietypowo słodki, jak na to, czego do tej pory próbowaliśmy w Warszawie. Jednocześnie nie jest (ważne) zbyt słodki, chyba, że w połączeniu z tamago, które samo w sobie jest bardzo słodkie. No i tutaj trzeba w Ryżowym Polu uważać, bo tamago było składnikiem przynajmniej trzech rodzajów maków, które znalazły się w naszym zestawie.

W Tahacie również bardzo doceniliśmy ogólny zarys menu, z którego jasno wynikało, że klasyczne sushi wiedzie tutaj prym. Oczywiście, są grillowane maki, w dwóch rodzajach maków występują dressingi itp itd, ale nie zmienia to faktu, że w większości mamy do czynienia z tradycyjnym sushi.

 

Zwykłym makom nie mamy właściwie nic do zarzucenia – wszystkie składniki świeże, smaczne. Pewnym odstępstwem od norm jest rozmiar – mieliśmy okazję spróbować jednych z większych maków ever. I nie są duże dlatego, że wypchali je ryżem, tylko naładowane są składnikami. Szczególnie w przypadku futomaków, które niemal ciężko jest upchnąć w ustach – dla żarłoków to piękne!

 

Natomiast nigiri, z równie świeżą i pyszną rybą zawiodło nas tylko w przypadku łososia, który raczej na pewno był przygotowany wcześniej – czuliśmy wyraźną różnicę w konsystencji ryżu….a na tym etapie naszych kubków smakowych nie da się już oszukać.
No, ale nie czepiamy się. Było dobre i już.

 

Jeszcze parę słów o makach synkretycznych, o „lokalowych” nazwach „tahata-maki” i „futotahata-maki”. Maślanie smakowały – były napakowane składnikami! Awokado, surimi, łosoś, maślana, tamago, rzepa marynowana, sałata i dressing „samuraj”, który Tuńczykowi (oczywiście) nie przypadł do gustu.
Do tego oczywiście krewetka w tempurze, która również nas nie zawiodła, miała trochę za dużo sałaty wraz z odrobiną dressingu – ale wysoka jakość tempury sprawiła, że nie można się do niczego przyczepić.

 

Więc na zakończenie – do Ryżowego Pola będziemy wracać na pewno – jest pysznie i świeżo, co obecnie nie zdarza się często.
Co do cen, o których jeszcze nie wspomnieliśmy – są po prostu w normie, jak na ścisłe centrum miasta. Tanio nie jest, ale tragedii nie ma.
Polecamy!

 

 

Tuńczyk: 7/10
Maślana: 9/10

Otagowane , ,

KRÓLOWA INABA

Z racji tego, że wciąż odwołujemy się do “mitycznej” Inaby, najwyższy czas coś o niej napisać.
Zacznijmy wprost: naszym zdaniem i jak na to, czego do tej pory próbowaliśmy – jest to zdecydowanie NAJLEPSZA restauracja z sushi w Warszawie. A co jeszcze piękniejsze: nie tylko sushi – Inaba jest restauracją, która zajmuje się szeroko pojętą kuchnią japońską. Tak więc, znajdziemy tam nie tylko sushi, lecz również mnóstwo innych przysmaków kraju kwitnącej wiśni.

Ale my jesteśmy od tego, żeby pisać o sushi.
Jak dotąd w Inabie byliśmy wiele razy, najczęściej dzięki bogatej ofercie kuponów i fejsbukowych promocji, które od pewnego czasu pojawiają się nieustannie.

Bo trzeba wspomnieć, że Inaba to bardzo droga restauracja. Gdyby nie promocje, ceny byłyby po prostu oporowe. Trzeba przyznać, że dzięki takim działaniom, do Inaby przychodzi mnóstwo ludzi, co niekiedy sprowadza ją do postaci gwarnej stołówki… Jednak wcześniej Inaba była miejscem odwiedzanym wyłącznie przez Japończyków, tudzież zamożnych warszawiaków, w tle cicho grała japońska muzyka, a sale były ciche i spokojne. Niestety bardzo się to zmieniło, ale wiecie jak to jest – nie można mieć wszystkiego :) .

Jednak dzięki tymże promocjom, wyjście do Inaby stało się w ogóle OSIĄGALNE, co kiedyś nie było dla nas takie oczywiste. Gdy mamy kupon albo korzystamy z promocji, rachunek wygląda mniej więcej tak, jak w przeciętnym sushi – barze.
A gdy zabezpieczymy się odpowiednią ilością np. kuponów, możemy spróbować tego, co Inaba ma najlepsze – i tak też uczyniliśmy

Tak więc to, co napiszemy poniżej, jest efektem głębokiej analizy najlepszych pozycji z menu Inaby, między innymi największego zestawu “Gion” składającego się w połowie z nigiri (24 szt nigiri i 24 szt maków), tempury w każdej kombinacji i postaci i innych makowych perełek niedostępnych w normalnych knajpach.

Tak więc, przechodząc do konkretów – sushi w Inabie jest dokładnie tym, czego nasze “purytańskie” gusta oczekują, po prostu idealne. W związku z tym poniższy opis jest stworzony wyłącznie przez Tuńczyka, bo tym razem nie ma miejsca dla laików i amatorów :)

Zacznijmy od nigiri. Jak wspominaliśmy w poprzednich wpisach najczęstszą przypadłością jest ich wielki rozmiar. Polskie knajpy serwują wielkie nigiri, które czasami trudno zmieścić w buzi, jednak Inaba (japońscy kucharze i tradycja), serwuje je w rozmiarze, który pozornie wydaje się mały, jednak jest idealną porcją na jeden raz, co więcej właśnie taka wielkości jest zgodna z japońskimi normami. Do tego ryż, zawsze świeży, zaprawiony mieszanką składającą się z wysokiej jakości octu w odpowiedniej proporcji do cukru, wraz z odrobiną mirinu – lekko alkoholowej przyprawy na bazie ryżu. Nigiri są dobrze ściśnięte i w połączeniu z rybami i innymi owcami morza – zawsze najwyższej jakości – nigdy nie rozpadną się podczas maczania w sosie sojowym (no chyba że ktoś praktykuje zostawanie sushi w miseczce z sosem, żeby nasiąkło…).
Teraz maki! Po pierwsze mają tam niesamowity wybór. Niespotykane nigdzie indziej maki z natto (na nie się jeszcze nie odważyliśmy – bo ta sfermentowana soja strasznie śmierdzi XD ), z shitake – japońskimi grzybkami, które z racji swojego delikatnego, słodkiego smaku, często się mylą z marynowaną tykwą, poza tym maki z pastą śliwkową – która to śliwka jest znanym i bardzo kwaśnym przysmakiem Japończyków. Oprócz wymienionych w menu Inaby znajdziemy znacznie więcej ciekawych rodzajów maków nie spotykanych nigdzie indziej.

No i maki z TENPURĄ! Inaba słynie z niepodważalnie najlepszej tenpury w mieście. I co więcej jest dostępnych wiele rodzajów: kalmar, łosoś, oczywiście krewetka, jak również warzywa. Co do ichniej krewetki w tenpurze mógłbym pisać poematy i śpiewać pieśni pochwalne, ale to by nie oddało nawet namiastki jej boskiego smaku (może dlatego, że marny ze mnie bard). Wszystkie te maki z tenpurą, są tak niesamowicie dobre, ponieważ ciasto robione w Inabie jest niezwykle delikatne, ale wyraziste w smaku. I choć jak wiadomo, smaży ją się na głębokim oleju, to wcale nie jest tłusta (a niejednokrotnie w słabych knajpach dostawaliśmy ociekające tłuszczem kawałki…)

I w sumie tyle o Inabie. Żeby docenić, wystarczy pójść tam choćby raz. Jest boska i idealna. Więc wyczekujcie razem z nami promocji i kuponów, o których postaramy się informować na bieżąco, bo bez tego nie stać nas na tę przyjemność.

And the winner is…. INABA!
Ocen nie trzeba ;)

Otagowane , , ,

SUROWE, GRUBE RYBY

Jak zwróciła nam uwagę jedna z czytelniczek, na naszym blogu coraz ciężej odnaleźć jakąkolwiek pozytywną recenzję. Wszystko dlatego, że ostatnio mieliśmy pecha….
Ale w przyrodzie należy zachować równowagę, więc odkopaliśmy przyjemne wspomnienie, jakim jest Gruba Ryba na ul. Kasprzaka.

Miejsce nie zachwyca szczególnie wystrojem (choć ostatnio zrozumieliśmy ideę doboru kolorów – pistacjowy, czerwony i czarny = wasabi, ryba i glon), odstrasza trochę dojazd (remonty torów tramwajowych w okolicy).
Zachwyty zaczynają się trochę później, kiedy dostajemy do ręki menu. Ceny są naprawdę przystępne! A do tego niesamowite promocje – na każdy dzień inna, wszystkie kuszące.

Warto wymienić po kolei:
poniedziałki all you can eat za 59 zł
wtorki drugie, takie same futomaki gratis
środy przy zamówieniu za min. 50 zł/osoba deser gratis
czwartki rabat 50% na dowolnie wybraną pozycję z rybą maślaną
piątek zamawiając jeden kieliszek choyi, drugi gratis
soboty wszystkie pieczone futo 50% taniej
niedziele 50% rabatu na dowolne sushi z łososia

W sumie byliśmy w Grubej Rybie już 3 razy i za każdym razem było dobrze, choć zdarzały się wpadki.
W ciągu tych trzech wizyt, sprawdziliśmy trzy zestawy, dzięki czemu spróbowaliśmy większość z tego, co Gruba Ryba ma najlepszego do zaoferowania. Nie będziemy więc rozwodzić się nad konkretnymi zestawami, ale podsumujemy to, co najciekawsze.

Zacznijmy od trochę nie konserwatywnej pozycji, charakterystycznej tylko dla nich, tzn. futomaków z melonem i maślaną. Super! Mimo obecności sałaty i serka philadelphia, dominuje połączenie melonowo – maślanowe, które tworzy wręcz idealną kompozycję. Jest jeden mały minus – twardy melon nie raz wypada z maków. Ale nic to! Dobre i już.
Kolejnym punktem, który przykuł naszą uwagę w GR jest (nasza ulubiona) krewetka w tempurze (do wyboru: łagodna lub ostra), której nie możemy zupełnie nic zarzucić, była bardzo dobra! Jej ostra wersja jest dowodem na to, że można dodać do sushi odrobinę chili i nie zrujnować smaku konsumenta. Żadne dodatki (ogórek, sałata) nie zaburzają harmonii i pozwalają delektować się tempurą.

Więcej dobrego – nigiri! Odpowiedni rozmiar (ale z tych większych), świeża rybcia i ryż, nie za dużo wasabi tworzą porządne nigiri, do którego również nie możemy się przyczepić. Za największy plus uznajemy coś, co zdarza się naprawdę rzadko – nigiri Grubej Ryby jest bardzo dobrze sklejone, co również świadczy o jakości ryżu i fachu sushi masterów.

Jak wspomnieliśmy – zdarzały się wpadki, o których również wspomnimy:
podczas jednej z naszych wizyt mieliśmy pecha, bo okazało się, że nie ma ani łososia, maślany, krewetki, tempury oraz imbiru. No właśnie – imbiru – poinformowała nas o tym Pani Kelnerka…. A kiedy przyniosła nasze zamówienia dostaliśmy go MNÓSTWO. Ale nie wyglądał za dobrze, co przypomniało nam, że chwilę wcześniej, na stoliku obok zostawiono prawie cały imbir. Skojarzenia były oczywiste…. cóż.
Z kolei w czasie ostatniej wizyty maki były zawinięte w trochę gumowy glon, co niestety mocno dawało nam we znaki.

Ale są to tylko dwie wpadki – ogólnie Gruba Ryba wypada bardzo dobrze wśród warszawskich sushi barów i szczerze polecamy ją wszystkim – zarówno wybrednym jak i lubiącym eksperymenty, cieńszym i grubszym portfelom  :)

Tuńczyk: 8/10
Maślana: 9/10

Otagowane , ,

KENTUCKY FRIED TEMPURA

Jako, że grudzień był miesiącem obfitującym w sushi, w styczniu postanowiliśmy utrzymać tradycję i mieliśmy ku temu wszelakie sprzyjające okoliczności – Maślana dostała kolejny kupon na sushi, na zestaw dla dwóch osób w knajpie sprawiającej jak najlepsze wrażenie – mowa o Moshi Suhsi.

Jest to mała knajpa, której większość stanowi ogródek, który o tej porze roku osłonięty był altaną i ogrzewany lampą gazową. Mimo wszystko było tam ciepło i przytulnie (choć dla zmarźlaków były wystawione kocyki). Wystrój Moshi bardzo nam się spodobał, zdominowany ciemnym drewnem i czerwienią, sprawiał, że bardzo miło się tam siedziało.
Menu również sprawiało dobre wrażenie – przystępne ceny, ciekawy, duży wybór zestawów, w których zawsze było sporo nigiri, co pozytywnie świadczy o podejściu do sushi! Oczywiście w menu były też fusion maki i to wcale nie odrażające. Możliwe że to zasługa ładnych opisów, ale jak się mieliśmy niedługo przekonać (w kuponowych zestawach było sporo fusion) sam opis nie sprawi, żeby takie wynalazki były zjadliwe…

Na obiecujący początek dostaliśmy zupki miso, które były baaardzo dobre – zaskoczył nas sezam pływający w miseczkach, ale komponował się bardzo dobrze.
Następnie dostaliśmy sushi… No i pierwsza wtopa – do naszego “kuponowego zestawu” zamówiliśmy dodatkowo (jak zwykle) futomaki z krewetką w tempurze, a dostaliśmy california maki… na szczęście po interwencji dostaliśmy nasze zamówione futo gratis (dlaczego ciągle nam się to przytrafia???).
Natychmiast po tym – kolejny fail – zamiast zacząć jeść, musieliśmy wykonać trudną operację wyjmowania drzazgi z dłoni Maślany. Skąd drzazga…? Z PAŁECZEK. To naprawdę nie powinno się było zdarzyć!

No, zaczynamy jeść.
Startujemy jak zwykle od hosomaków o nazwie “pikantny łosoś” – liczyliśmy jedynie na więcej wasabi, ale się przeliczyliśmy – łosoś był obficie skropiony chili, że straciliśmy smak na dobre parę minut – równie dobrze moglibyśmy mieć właśnie w ustach ostry kebab.
Po rozczarowaniu nr 1, postanowiliśmy dla przeciwwagi spróbować futomaków, które wyglądały najbardziej “zielono”. Zauważyliśmy w nich awokado, ogórek, sałata, krewetka i hmmmm…. dressing? Po spróbowaniu te FU!tomaki zostały przez nas natychmiast ochrzczone jako “kanapki”. Dziwny majonezowy dressing a la tzatziki w połączeniu z awokado (które myliliśmy z ogórkiem, bo było tak twarde), właściwym ogórkiem i sałatą stanowiło najtragiczniejsze połączenie w historii sushi. Brakowało tam tylko chleba i solidnej, polskiej szynki. O krewetce nie wspominamy, bo i tak została przytłoczona resztą “kanapki”.
Dalej nie lepiej. Dotarliśmy do maków “sake grill” tzn. grillowany łosoś, sałata + (znowu!) ten cholerny dressing. Tym makom też natychmiast nadaliśmy przydomek – “kotlecik” – ponieważ były skonstruowane, tak, jakby zrolowano je bez tego nieszczęsnego łososia w środku, a same łososiowe kotleciki wtykano w gotowe, pokrojone maki. Co do dressingu – tym razem był inny, co nie znaczy lepszy – miał bardzo mocny smak pikantno-kwaśny. Nie było to tragiczne, ale ciężko nazwać to sushi…
Przeszliśmy do wyczekiwanej krewetki w tempurze. Tym razem nie popełniono karygodnych błędów kompozycyjnych. Gorzej było z jakością samej tempury, która smakowała jak panierka z KFC. Na szczęście nie była gorsza niż w Momo Sushi, ale pod tym względem ciężko przebić Momo.
Było jeszcze nigiri, które uratowało by sprawę, gdyby Maślana nie odwróciła jednego do góry nogami. Łosoś był źle odkrojony od skóry (możecie zobaczyć na zdjęciu obok), tak, że cały spód pokryty był tłuszczem ryby. To obleśne, ale musimy przyznać, że co do nigiri, oprócz tego jednego feralnego kawałka, mamy jak najlepsze odczucia. Było dobre i świeże, ale bez rewelacji.
Pod koniec tej przygody znowu dziękowaliśmy bóstwom sushi za imbir. Bez niego nie przetrwalibyśmy tej smakowej apokalipsy.
No, ale tyle jeśli chodzi o nas. Uważamy, że Moshi Sushi jest w stanie zadowolić klientów o mniej ortodoksyjnym podejściu do sushi. Tylko dla nas było to nie do przejścia.
Widać, że restauracja mniej uwagi poświęca japońskim tradycjom, ale za to bardzo stara się przypodobać polskim podniebieniom, które – jak wiadomo – preferują mocniejsze i wyrazistsze smaki.

 

 

Tuńczyk: 0/10
Maślana: 5,5/10

Otagowane , , , ,

MOMOŻE TAM NIE IDŹCIE

Dziś przedstawiamy najgorszą, najobleśniejszą przygodę z sushi. Samo wspomnienie wywołuje dreszcz obrzydzenia.
Znowu skusiliśmy się na kupon – ekstremalnie tani (19 zł) na jeden, specjalnie skomponowany zestaw składający się z 8 szt. california maki z paluszkiem krabowym, awokado, serkiem philadelphia, 6 szt. hosomaków z łososiem i maślaną, 2 szt. nigiri z łososiem i maślaną, 6 szt. hosomaków z ogórkiem. Kupiliśmy też od razu drugi taki kupon, na inny zestaw: 8 szt. california maki z paluszkiem krabowym, awokado, serkiem philadelphia, 4 szt. nigiri z łososiem, maślaną, inori, ośmiornicą, zupa miso, oraz 6 szt. hosomaków z ogórkiem.

Tak więc udaliśmy się do naszego miejsca przeznaczenia – Momo Sushi na Fieldorfa.
Lokal jest dość ukryty, w wiejącej pustkami, handlowej części biurowca. Mimo obleśnego otoczenia, wnętrze jest dość przyjemne, urządzone w japońskim stylu….

…jedynie telewizor nadający głośno teleturnieje tvn brutalnie zaburzał decorum -_-’

Zaimponował nam duży (na całą ścianę) wybór przeróżnych herbat. Po dłuższym namyśle wybraliśmy zieloną z kaktusem, która okazała się być najlepszą rzeczą, która nas tam spotkała.
Nie wiedząc co nas czeka, czując się władcami świata z dwoma kuponami, zamówiliśmy do naszych zestawów dodatkowe maki do spróbowania. Wybór padł na klasyczną krewetkę w tempurze i (nie wiadomo, jaki zły duch opętał wtedy Maślanę) “Snack Roll”, czyli “łosoś, maślana, tuńczyk, ogórek, sos, smażone w cieście tempera na głębokim oleju”.

Nie czekaliśmy długo na te “specjały”. Niemal natychmiast dostaliśmy szczypiorek z miso (bo zupą miso nie można tego nazwać – proporcje szczypiorku do cieczy oceniamy na trzy do jednego).
Potem dostaliśmy sushi.
Nie wyglądało źle.
Ale wiecie – nie ocenia się książki po okładce.

Zaczęliśmy od hosomaków – nie było porażające, ale tu możemy zastosować starą zasadę, żeby hosomaków się nie czepiać. Z resztą potem było gorzej. Dużo gorzej.
Nie wiemy jak stare były california maki. Musiały być bardzo stare. Dziwne, ze nie chrupały. Może czekały na nas już od rana? Jedno jest pewne – ryż był tak suchy, że mieliśmy trudności z przełknięciem. Na uwagę zasługiwał także ocet ryżowy. Naszym zdaniem to był najtandetniejszy z dostępnych na rynku (nie będziemy wspominać marki) – tym bardziej niezrozumiały wydaje się być fakt, ze najwyraźniej sushi master zastosował chorą ilość tej zaprawy, przez co ryż miał zbyt intensywny smak.
Tak więc przy radosnych odgłosach dochodzących z telewizora, “pozbyliśmy się” tych maków czym prędzej i przeszliśmy do kolejnych.

Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że może być gorzej. Krewetka w tempurze pływała w majonezie, a samo ciasto smakowało jak papier. Najgorsza ebi tenpura ever. Nie pomógł nawet odrobinę świeższy ryż (albo po prostu przesiąkł olejem i dlatego nie był taki wysuszony?). Problem suchości przestał być dominujący w “Snack Rollsach” – one z kolei pływały w oleju! Poza tym były tak gorące, że się poparzyliśmy… poparzyliśmy się sushi! Już pomijając fakt, jak źle wyglądały – i tak smakowały gorzej. Na tyle, że po raz pierwszy w życiu Maślana odmówiła zjedzenia sushi.
Nigiri nie polepszyły sytuacji. Rybcie były ewidentnie drugiej świeżości, co w połączeniu z tym okropnym ryżem sprawiało niemal fizyczny ból. Ale i tak wypadało dobrze w porównaniu z tempurą, tzn. “temperą”…

W ramach podsumowania:
Nie polecamy (!) – chyba, że na teleturnieje i herbatę.

Tuńczyk: 0
Maślana: -1

Otagowane , , ,

GO!

Zawsze baliśmy się sushi barów w okolicach Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieście, szczególnie, że dwukrotnie już się w tamtejszych restauracjach rozczarowaliśmy (besto i oto, którego jeszcze nie opisaliśmy).
Tym bardziej miłą niespodzianką okazało się Sushi Go na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej!
Wnętrze według nas jest dość przeciętne, ale przytulne. Wygląda na małe, ale na górze jest jeszcze jedna sala. Ale mniejsza o wystrój, skupmy się na konkretach.

Dużym plusem okazały się dla nas godziny otwarcia, bo lokal jest czynny do 23:00, w sam raz na midnight snack ;)
Jednak to, co bardziej nas ucieszyło, to przystępne ceny – wręcz podejrzane jak na samo centrum Warszawy! Zestawy są bardzo zróżnicowane, a ich ceny zaczynają się już od 19 zł. Naszym zdaniem każdy może sobie znaleźć tam coś dla siebie.

Przez wzgląd na nasze pojemne żołądki, wybraliśmy Zestaw 2 z 38 sztukami za 99 zł. Składa się na niego 6 szt futomaków z philadelphią, 12 szt hosomaków z tuńczykiem i łososiem, 8 szt maków z krewetką w tempurzue i 12 szt nigiri z tuńczykiem, łososiem, kalmarem, tamago, tilapią, krewetką.
Postanowiliśmy wymienić futomaki z philadelphią na znacznie ciekawsze futomaki z pieczonym węgorzem, ogórkiem, awokado i groźnie brzmiącym dressingiem.
Niestety Pani Kelnerka się pomyliła i dostaliśmy zestaw w niezmienionej formie, ale gdy tylko zorientowała się w pomyłce, dostaliśmy naszego węgorza gratis! To było bardzo miłe.

Ku naszej uciesze, sushi okazało się być bardzo dobre. Świeże ryby, dobrze zaprawiony, klejący się ryż w połączeniu z fajnymi kompozycjami niby prostych składników, okazały się być strzałem w dziesiątkę i przywróciły nam wiarę w Nowy Świat! Nawet niepokojący dressing nas nie zawiódł. Nie umiemy zidentyfikować, co to tak naprawdę było, ale pasowało do węgorza w sam raz.

Trafiliśmy też na coś dziwnego…. nigdy nie czepialiśmy się hosomaków, bo nie było takiej potrzeby. Jest to ten element każdego zestawu, którego zepsucie zawsze wydawało nam się niemożliwe.

Nic nie jest idealne.

W Sushi Go to właśnie hosomaki były najsłabszym ogniwem! Niesamowite!
Bo były naprawdę obleśne. Mamy dwie teorie: Tuńczyk mówi, że zrobione były z innego ryżu, który już sobie trochę przeleżał, a ryby najgorszymi resztkami, jakie mogli znaleźć w kuchni. Z kolei ja uważam, że te hosomaki w gotowej formie nawyraźniej czekały na nas od wczoraj. Na szczególną uwagę zasługuje też gumowy glon. blah. Na szczęście wyjedliśmy szybko te małe paskudztwa.

No i jeszcze krewetka w tempurze. Nie można zaprzeczyć – była w porządku. Ale wg. Tuńczyka brakowało jej “lekkości i subtelności smaku prawdziwej tempury”. On ma świra na jej punkcie.

Kolej na nigiri. Było bardzo dobre, rozmiar w sam raz, a ryby, w przeciwieństwie do tych z hosomaków, były świeże i bardzo dobre. Z wyjątkiem maślany, która była gumowa i bez smaku.

Co do maślan w warszawie mamy teorię i przestrogę. Ostatnio od pewnego sushi mastera usłyszeliśmy, że w jego lokalu maślany nie ma już od dawna, ponieważ dostawy z ostatnich miesięcy nie spełniają pewnych wymogów jakościowych – dlatego zachęcamy do zwracania szczególnej uwagi na tę rybcię!

W skrócie, mimo niedociągnieć, mamy pozytywne wrażenia i polecamy ze względu na ceny, lokalizację i szeroko pojętą zjadliwość.

Tuńczyk: 7/10
Maślana: 8/10

Otagowane , ,

DON’T (gu)GO

Grudzień był dla nas miesiącem sushi i kuponów. W rezultacie, dzięki różnym szczęśliwym zbiegom okoliczności zajadaliśmy się naszym przysmakiem przynajmniej raz w tygodniu.
Jedną z okazji było wyjście z naszymi znajomymi – szczęśliwymi posiadaczami kuponu o wartości 150 zł do Gugo Sushi na Nałęczowskiej w Wilanowie.

Gdy już dotarliśmy na miejsce, nasza radość malała z minuty na minutę.

Okazało się, że w ramach kuponu można było wybierać tylko z fusion menu (wszyscy wiecie, jak lubimy fusion sushi).
Ale nic to! Zwykłe sushi wcale nie było drogie, więc zamówiliśmy sobie też normalne (nawet sporo). Wybór mieliśmy bardzo ograniczony – najwyraźniej Gugo specjalizuje się w eksperymentach i zestawów klasycznych trzeba było szukać z lupą.
Udało nam się – zamówiliśmy zestawy “Yashi” (48 zł) i “Nashi”(67 zł).

Na “Yashi” składa się 10 szt różnych nigiri: z tuńczykiekm, łososiem, krewetką, maślaną, węgorzem, kalmarem, tilapią, tamago, awokado i rzodkwią marynowaną. I tu pierwszy minus – zamiast awokado, tilapii i kalmara, dostaliśmy dwa różne nigiri z pieczonym i wędzonym (FUJ!!!!) łososiem i jedno nigiri z surimi. A co gorsza – nie poinforomowano nas o tym, że czegoś nie ma i czym zostanie zastąpione! Przecież pieczone nigiri to tortura i profanacja!
Pomijając obleśne pieczone nigiri, pozostałe również nie zachwycały – były odrobinę za duże i zupełnie nie trzymały się kupy – w reakcji z soją natychmiast się rozpadały.

Z “Nashi” składa się z 32 sztuk maków: 8 szt. “california Gold”, czyli niestety fusion, ale zjadliwe (zwykłe maki z awokado, owinięte łososiem), dalej 6 szt. maków z pieczonym łososiem (nieeeeeee!!!) i po 6 szt. hosomaków z łososiem, tuńczykiem i ogórkiem. Do hosomaków się nie czepiamy.

Poza tym mieliśmy okazję spróbować dwóch rodzajów fusion maków z kuponu znajomych. Jedne były fusion chyba tylko z nazwy – zwykłe futomaki z krewetką, awokado i sałatą – nic nadzwyczajnego. Drugie nam nawet smakowały – california maki z węgorzem pieczonym, sałatą i słodkim sosem, posypane sezamem.

I w tym momencie pomiędzy nami zapanowało milczenie, bo po prostu nie wiemy co więcej o Gugo napisać. To sushi, o niewiadomym stanie
skupienia, mimo dobrych i świeżych składników, było na tyle nijakie, przeciętne,  że szkoda marnować cenny czas na jakikolwiek opis. Choć było tanio,  nie wrócimy tam na pewno.

Na szacunek zasługuje Pani Kelnerka, która ogarnęła i zapamietała pokręcone zamówienia sześciu wymagających osób.

Tuńczyk: 4/10
Maślana: 4/10

Otagowane , ,

Białe Szaleństwo

Dawno nie pisaliśmy, ale najwyższy czas nadrobić zaległości. Dzięki Świętemu Mikołajowi nadarzyła się ku temu doskonała okazja! Bo nie ma lepszego prezentu niż KUPON NA SUSHIIII!
Trafił nam się stu złotowy bon na całe menu White Sushi – nowo otwartej susharni na Krakowskim Przedmieściu, do której chcieliśmy się wybrać już od dawna.

Niestety, White Sushi wypuściło bardzo dużo takich kuponów, więc trzeba robić rezerwację, co bardzo utrudnia dostanie się do restauracji. Jedyne wolne terminy są przed 16 – stą… więc wybraliśmy się na “mały brunch” hehehe.

Wniosków z pobytu tak naprawdę nie ma wiele.
Po pierwsze, nasz “brunch” okazał się być naprawdę BARDZO mały. Mając 100 zł ekstra czuliśmy się jak prawdziwe grube ryby. Jak bardzo się myliliśmy!
Ceny są tam naprawdę wygórowane – za pojedyncze maki i nigiri płaci się jak w Inabie (np. hosomaki z tuńczykiem kosztują 25 zł). Jedyne, co opłaca się zamówić to zestawy, które również nie zachwycają – jest ich bardzo mało (do wyboru jest ich sześć) i są małe (od 12 szt w najmniejszym do 30 – stu w największym).

My wybraliśmy ten “największy” za 125 zł. W jego skład wchodziło 12 sztuk wege hosomaków, 6 sztuk klasycznych uramaków z surimi, 6 sztuk futo z pikantnym tuńczykiem (które wymieniliśmy na futomaki z krewetką w tempurze) i po dwie sztuki nigiri z kalmarem, maślaną i łososiem.
Gdybyśmy nie wymienili pikantnego tuńczyka na krewetkę w tempurze, to nie byłoby nic godnego uwagi.
Ale jedno trzeba przyznać – mimo, że zestaw był po prostu nudny, to samo sushi okazało się być świetne.
W szczególności nasza perełka – futomaki z krewetką w tempurze, które były niemal tak samo doskonałe jak w Inabie (jakby ktoś jeszcze nie zauważył, to najlepszy komplement, jaki sushi może od nas otrzymać).

Poza tym jest tam bardzo ładnie. Jak sama nazwa wskazuje, wnętrze jest zachowane w białej tonacji, hołdując japońskiemu minimalizmowi. I nie można zapomnieć o miłej obsłudze! Bardzo krótko czekaliśmy na sushi – normalnie wzbudza to nasze podejrzenia, ale w tym wypadku nie ma się czego bać! Po prostu “nie ma opierdalania się” ;)
W skrócie – bardzo smacznie, ale stanowczo za drogo, a co za tym idzie – za mało.
Szkoda.

Tuńczyk:  7/10
Maślana: 6/10

Otagowane ,

SMARUJ DŻEMOREM

Czas przynosi zmiany. Niekiedy na gorsze. Dawniej często chodziliśmy na sushi do Besuto, w pawilonach na Nowym Świecie. To miejsce zawsze miało dla nas duże znaczenie. Tam po raz pierwszy zabrałem Maślaną na sushi, kiedy jeszcze nie umiała posługiwać się pałeczkami, a krewetka w temperze – po prostu nieziemska. No i ceny były całkiem niskie.

 

Lokal jest dość mały, ale schludny. Jest nawet zamontowany strumyczek wokół baru, w myśl idei kaitenzushi, jednak nigdy nie widziałem żeby ktoś z niego korzystał. Miła obsługa i rabaty przyznawane stałym klientom, sprawiały że wciąż tam wracałem.

 

Jednak w ostatnim czasie zaszły pewne zmiany. Przede wszystkim podrożało. Nie jakoś strasznie, ale ceny przestały być konkurencyjne. Niewątpliwie zmienili się sushi masterzy, gdyż legendarna krewetka w tempurze stała się co najmniej słaba, najwyraźniej zajęli się ciekawszymi rzeczami, bo w trakcie naszego pobytu byli tak hałaśliwi, że nie dało się rozmawiać: puszczali sobie piosenki, głośno śmiali się i śpiewali. Nie, żebyśmy się bardzo czepiali, ale w tak małym lokalu było to trochę uciążliwe, a oni w końcu byli w pracy.

 

O ile zwykle sami komponowaliśmy nasz zestaw (jeszcze wtedy ceny na to pozwalały), tak tym razem postanowiliśmy wybrać gotowy.
Nasz wybór padł na Miko za 99 zł z 32 szt. W karcie prezentował się dość fajnie (oprócz kurczaka z sosem teriyaki), szczególnie, że zawierał tuńczyka w tempurze, którego chcieliśmy spróbować. Nie wiedzieliśmy co nas czeka…

 

Lista tragedii po kolei:
1) Maki z tuńczykiem w tempurze (6 szt) – tuńczyk okazał się być wyjątkowo nieudolnie pieczony, całość była po prostu gorąca i bardzo ostra. Wyobrażacie sobie maki, które wypalają Wam twarz?
2) Maki z krewetkami, serkiem, awokado (6 szt) – niby spoko, ale na górze było posmarowane DŻEMEM ŻURAWIONOWYM! WTF?!
3) Maki z kurczakiem w sosie teriyaki (6 szt) – tak jak się spodziewaliśmy. Kurczak teriyaki w makach to jakaś wielka pomyłka ludzkości. Sushi must be sushi.

4) Tamago maki z łososiem, serkiem, awokado (6 szt) – czym sobie na to zasłużyliśmy?! DLACZEEGOOOO….

5) California maki z paluszkiem krabowym (8 szt) – normalnie nie lubimy california maki, ale w tym zestawie był to najlepszy element… to żałosne….

 

Ten zestaw rozczarował nas i zniechęcił pod każdym względem. To aż niesamowite. Naprawdę, nie było tam nic dobrego.

 

Co za masakra!

 

Tuńczyk: 1 (obecnie)- 7(dawniej)/10

Maślana: 4/10

Otagowane , , ,

CUD, MIÓD I OGÓREK

Jak powszechnie wiadomo, nie zawsze jest miło i kolorowo. Dokładnie tak było w opisanej poniżej restauracji. Mamy na myśli Papayę na Foksal.

Poszliśmy tam z polecenia wegetarianki, której sushi bardzo smakowało (opierała się na tych bezrybnyh, więc wszystko wybaczamy). My, jak zwykle poszliśmy tam z zamiarem spróbowania tego, co najlepsze w ofercie.

Sam lokal – Tuńczykowi się podobał – miał bardzo chłodne, dizajnerskie wnętrze („biało–czarne, wg. mnie nudy” – Maślana), miłą, bardzo elegancką obsługę („w tym uroczą Japonkę” – Tuńczyk). Czyli elegancka, droga restauracja pełną gębą. Ceny były raczej wysokie jak na warszawskie sushi, ale na szczęście nie aż tak wygórowane jak to bywa w knajpach takich jak Sushi Zushi czy Tomo. Najtańszy zestaw dla jednej osoby składający się z 6x futomaków (philadelphia, tuńczyk), 6x maki z łososiem, i po jednym nigiri z krewetką i tuńczykiem kosztuje 42zł („Jak dla mnie, szczególnie po ostatniej knajpie, to sporo” – Maślana). Najdroższy (według menu dla 4-5 osób), składający się w sumie z 46 maków, 16 nigiri, oraz 8szt. sashimi, kosztuje aż 279zł i raczej nie jest wart tych pieniędzy.

My zdecydowaliśmy się na zestaw dwu osobowy za 139zł. Na to cudo składa się: 6x maki z łososiem (w porządku), 4x california maki z krewetką w tenpurze (nawet nie było czuć krewetki…), 4x california maki z awokado i krewetką (to było ok), 6x pieczony węgorz w ogórku! No w ogórku! OGARNIJCIE TO! Zamiast glona i ryżu był po prostu ZWINIĘTY PLASTEREK OGÓRKA z kupką majonezu i kawioru na górze, a wszystko pływało w MIODZIE. Oprócz tuńczyka z puszki w maku (jeszcze o tym napiszemy) nie zdarzyło nam jeść czegoś tak obleśnego! No, ale kontunuując, 6x futomaki łosoś z philadephią (neutralny klasyk), 2x nigiri z łososiem (mniam), 2x nigiri z pieczonym węgorzem (pycha) oraz 2x nigiri z małżami św. Jakuba („o Boże! Straszny glut!” – Maślana) i 2x nigiri z tamago (omlet jajeczny, nie ma o czym pisać). I niby wszystko pięknie, ale z maków w ogórku wyciekł miód, zalewając słodyczą wszystko, co było obok. Jak można było o tym nie pomyśleć?! I to ma być elegancka, droga restauracja, gdzie nawet zamiast kosza na śmieci w toalecie jest wielki, wiklinowy kosz?!
Naprawdę, ponoszą nas emocje, za każdym razem, jak sobie to przypominamy.

Wegeterianie może potrafią znaleźć tu dla siebie tanie i smaczne rozwiązania, które, jak zauważyliśmy różnią się od standardowych (fusion), ale jak ktoś ma ochotę na NORMALNE sushi musi poszukać gdzie indziej.

Tuńczyk: 4/10
Maślana: 2/10 (za ten miód!)

Otagowane , , ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 149 other followers